wtorek, 27 lipca 2010

melony piekne i dorodne

na wstepie prosze wybaczcie ze pisze bez polskich znakow, ale jest to wynikiem pewnego zdazenia ktore mi dalo nauczke na dlugi czas. otoz mam w zwyczaju nie odlaczac komputera z gniazdka, no chyba ze go gdzies przenosze. a pewnej nocy w zeszlym tygodniu przyszla burza dosc gwaltowna i piorun uderzy jakos bardzo blisko naszego domu tak ze sie wszyscy ze strachem pobudzili, ale jako ze dom w plomieniach nie stal to poszlismy dalej spac. a nastepnego dnia okazalo sie ze moj komputerek nie chce sie wlaczyc. swiatelka na nim sie zapalaja ale monitor czarny. nie wiem czy to sie da naprawic czy nie ale na pewno duzo by to kosztowalo. jak go wezme do Polski to sprobuje odzyskac dane z niego a teraz postanowilam kupic nowy. tymaczasem pisze to na komputerze Fabienne, ktora nie ma takiej fajnej funkcji przycisku Alt ktory polskie dnaki dodaje a na dodatek ma zamienione Y i Z co dosc skutecznie utrudnia mi zycie.

jak sie okazalo tylko ja jedna komputera nie odlaczylam z sieci i tylko ja mam problem. ta sama burza jednak sfajczyla nam router i ciezko z internetem w domku. na szczescie dziala nam telewizor (choc poczatkowo tez podobno nie dzialal) a w dwoch pozostalych domkach nie ma tv.

strata komputera sklonila mnie ostatecznie do tego zeby pracowac troche wiecej. w warzywach jest na tyle duzo pracy ze jak ktos chce to moze zostac po godzinach albo przyjsc w swoj dzien wolny co w szklarni sie raczej nie zdarzalo. moje zajecia to z rana zawsze jest ciecie kwiatow takich z pola na bukiety. jest nas grupa 6 dziewczyn od kwiatkow i to jest nasze zadanie. robimy to do przerwy o 10 a jak jest potrzeba to tez do lunchu o 12:30. potem bywa roznie ale na razie zdarzylo mi sie odchwaszczanie (czyli po prostu wyrywanie chwastow) w roznych uprawach, w roznych miejscach, zbieranie fasoli i zbieranie pomidorkow koktajlowych. jest to zdecydowanie ciezsza praca niz w szlarni. tam to w najgorszym wypadku bylo sie zmeczonym bo sie stalo i chodzilo caly dziena tutaj to bola przede wszystkim plecy bo wiele rzeczy robi sie w niewygodnych pozycjach. kupilam sobie takie ochraniacze na kolana zebym mogla wygodniej pracowac i jak na razie pomagaja bo kolana tak nie dokuczaja. na pewno musze sie do tego przywyczaic. w Polsce nigdy nie lubilam takiej pracy w polu i teraz nadal nie lubie ale staram sie z mysla i podrozy i o tym co bede mogla dzieki temu zrobic.

Ciecie kwiatow nie jest zle bo sie glownie stoi, ale z kolei czesto z rana komary gryza mocno. wszytkie inne roslinki niestety rosna tak jak chca a nie tak jak mi wygodnie zbierac, a szkoda.

zbieramy juz z pola tytulowe melony i arbuzy. najsmaczniejsze sa jak sie je od razu na polu, potem w domu to juz nie to samo. tak jest zreszta ze wszytskim :)
jest tez cebula biala i czerwona, zielona papryka, baklazany w trzech kolorach, wspomniane pomidorki koktajlowe. co ciekawe mi najbardzej smakuje jedna z odmian zoltych. prawie nic wiecej do zycia nie trzeba moge eksperymentowac z rozmymi warzywami na co nie mialam odwagi albo pieniedzy w Polsce.

jest swietnie. duzo zalezy od towarzystwa a na to nie moge narzekac, czekam jednak na koniec, bo jak niektorzy wiedza Mateusz przyjedzie do mnie w pierwszej polowie wrzesnia a tego na prawde juz nie moge sie doczekac.

sobota, 17 lipca 2010

pa pa kwiatki...

No i stało się - od poniedziałku przenoszą mnie do warzyw w pełnym wymiarze godzin. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale chyba nie najgorzej. I tak mi się udało długo zostać, bo jestem ostatnią osobą, która została przeniesiona. Ale wszyscy mówią, że to pole nie jest takie złe. Sebastian od kilku dni już też pracuje w polu a Gustavo zostaje do końca w szklarni. Dave Bartlett (czyli nasz szef od warzyw) podobno bardzo potrzebuje ludzi. I nie ma się co dziwić, bo rok wyjątkowo słoneczny i ciepły podobno więc wszystko się ładnie udało. Z nowości polowych pojawiła się ostatnio bazylia, taka mała cebulka zbierana na szczypiorek, od kilku dni też kukurydza i ogółem co chwilę coś nowego.

Rozpoczęłam poszukiwania samochodu, ale trochę się zniechęciłam, bo jak się okazuje taka kwota jak planowałam czyli $1000-1200 to naprawdę mały budżet. Zastanawiam się teraz nad wynajmem - bardzo podobne pieniądze a nie ma strachu, że to jakiś wrak, który się rozkraczy na pustyni. Jedyny minus, to że tych pieniędzy nie da się w żaden sposób odzyskać a kupiony samochód można by spróbować odsprzedać.

wtorek, 6 lipca 2010

upał (wstał, znowu upał)

Jak to niektórzy mówią, żar leje się z nieba. I to tak od kilku dni. Zaczęło się przed weekendem i ma potrwać do soboty (a jest wtorek). Dla wczasowiczów ekstra ale dla nas nie tak bardzo. Ja i tak mam szczęście, bo nie robię w polu przy odchwaszczaniu sałaty czy innych zbiorach ogórka (..jeszcze). Nie wiem, kiedy zacznę w polu, ale się nad tym nie zastanawiam. Na razie jest mi dobrze a jak się zmieni to się będę martwić. Zdarzyło się już parę razy, że jechałam z rana z innymi dziewczynami ciąć kwiaty w polu na bukiety, ale nieczęsto to się zdarza, więc nawet nie zdążyłam się jeszcze wprawić w tej pracy. To znaczy dziewczyny tną codziennie, ale ja rzadko z nimi jeżdżę. Zostało nas w szklarniach już niewielu. Dosłownie ja, Sebastian i Gustavo (no i oczywiście Pete - nasz szef i Jacqui - pełnoetatowa pracowniczka szklarni). Co prawda roślin coraz mniej, ale podobno w porównaniu do innych lat i tak dużo jeszcze zostało jak na tą porę roku. A że nas już niewiele to pracy na głowę przypada więcej. Najwięcej jest podlewania. Posadzone zostały niedawno chryzantemy na jesienną sprzedaż, ale tutaj to nie jest kwiat na święto zmarłych tylko taki po prostu jesienny kwiat (podobnie ja aster). Na dzień zmarłych (czyli tutaj Memorial Day, który był jakoś w maju) najpopularniejsze są pelargonie i to najchętniej czerwone. Cały czas realizujemy zamówienia do centrum ogrodniczego, ale już nie tak duże jak to bywało w maju i czerwcu. Nie nudzę się i mam wrażenie, że jestem bardziej zajęta niż jak było nas więcej. Może to dlatego, że więcej różnych obowiązków mi przypada i o wielu rzeczach muszę myśleć sama zanim mi ktoś powie co mam robić. Ostatni weekend był szalony bo to był 4. lipca - Independence Day. Wypadał w niedzielę więc dużo ludzi przyjechało na weekend tylko. Najbardziej odczuł to market - centrum ogrodnicze (a więc i my) trochę mniej.

A właśnie w propos 4. lipca. Jedna koleżanka Amerykanka, która pracuje w markecie ma jakąś ciocię, czy babcię z domem na jednej z plaż na północy wyspy i organizowała taki grill na plaży. Zaprosiła nas wszystkich na ten wieczór. Nie wszyscy mogli się zabrać samochodami, więc niektórzy postanowili pojechać autobusem, który kursuje po wyspie. Ale poszli na ten autobus zanim dowiedzieli się gdzie ta plaża jest dokładnie, więc ostatecznie spędzali wieczór w centrum miasteczka razem z tłumem przyjezdnych. Ja i parę innych osób postanowiliśmy pojechać na rowerach. Jak mi ta koleżanka wytłumaczyła gdzie to jest to okazało się, że jest to dokładnie ta sama plaża i to samo miejsce, gdzie ja byłam jakiś tydzień wcześniej. Wtedy podczas mojego dnia wolnego pojechałam rowerem do miasta a potem chciałam pojechać na jakąś plażę na zachód od centrum, bo słyszałam, że ładnie i woda ciepła. I tak sobie jechałam drogą wzdłuż wybrzeża i postanowiłam wjechać w jakąś drogę prowadzącą na osiedle, bo uznałam że taka droga na pewno skończy się na plaży. A tu niestety wszystko zabudowane. Posesja przy posesji a schody na plażę prywatne, no a przecież nie będę przez czyjeś podwórko przechodzić. Już miałam zrezygnować, ale spotkałam panią, która mi powiedziała, że jest takie ukryte przejście. Jakoś że je znalazłam i wylądowałam na dość wąskiej, ale cichej prywatnej plaży. Ląd zaraz za plażą wznosi się dość wysoko więc nazywa się ona Cliff Beach, albo Steps Beach ze względu na strome schody, które na nią prowadzą. Woda na północy wyspy jest rzeczywiście cieplejsza i spokojniejsza - mniejsze są fale i w tym też miejscu morze jest dość płytkie przez dłuższy czas, bo u nas na plaży Cisco to jest zaraz bardzo głęboko. No i w niedzielę okazało się że jedziemy dokładnie w to samo miejsce i schodziliśmy dokładnie tymi samymi schodami (fakt - wyspa mała, ale to naprawdę niesamowity zbieg okoliczności). Zajechaliśmy tam tuż po zachodzie słońca, więc było bardzo piękne niebo. Po jakimś czasie już po zmroku zaczęły się fajerwerki i było naprawdę super. Trwały chyba z 10 minut albo dłużej i były bardzo piękne. A grill na plaży to świetny patent - zamiast stawiać go na nóżkach zakopuje się go prawie całego w piasku.

Chodzimy teraz często się kąpać. Woda jest już dość ciepła nawet na naszej plaży a w taki dzień jak dzisiaj czy wczoraj ciężko wytrzymać na piasku - taki jest gorący. Wczoraj trochę przeleżałam na patelni bo chciałam sobie wyrównać opaleniznę. Efekt jest taki, że trochę się spiekłam, ale nie bardzo no i trochę rzeczywiście się wyrównało. Niestety minusem ciepłej pogody jest to, że się robi tłoczno. To już nie te czasy, że nie można było żywej duszy na plaży znaleźć. W ogóle cała wyspa się zapełnia, samochodów dużo i ludzi.

Sebastian już wie że za jakiś tydzień pójdzie pracować na polu z resztą ludzi. Gustavo od dawna już było mówione, że zostanie w szklarni do końca, a ja no właśnie nie wiadomo. Najpierw miało być tak, że też w połowie lipca by mnie przenieśli, ale Pete'a czasami nie ma a Jacqui ostatnio bywała trochę chora i nie pracowała w pełnym wymiarze. Na dodatek niedługo Pete wyjeżdża na urlop - jakiś tydzień czy coś i wydaje mi się, że do czasu jak wróci to mnie nie przeniosą a nawet jak to tylko w niepełnym wymiarze godzin (że na przykład z rana kwiaty w polu a potem szklarnia).

Poza tym mamy coraz więcej warzyw z pola - buraki, marchew, patisony, koperek, pietruszka, kapusta, kalafior, brokuły, ogórki.. do wyboru do koloru. Generalnie jest super, nie mogę narzekać i bardzo mi się tu podoba :)