piątek, 28 maja 2010

Przypomniało mi się coś - jadłam ostrygi. Było coś takiego jak festiwal wina i w jednej knajpie było wino i ostrygi za free (Dominik, jakbyś nie wiedział to znaczy za darmo). Zjadłam 4 i więcej bym nie dała rady. Można je było tak same wciągać, albo z takim octowym dodatkiem na wierzchu. Jadłam i tak i tak i właściwie nie wiem co lepsze, ale ogólnie nic szczególnego. Myślę, że wolałabym jakoś ugotowane.

Jest kilka nowych zdjęć z kategorii przyrodniczych http://picasaweb.google.pl/dobrochna.panka/MorzePlazaKrajobraz?feat=directlink
a w najbliższych dniach wrzucę zdjęcia z farmy tu na blogu.

wtorek, 25 maja 2010

wiosna

No tak, dawno nie pisałam, ale tak się tryb życia unormował, że czasem mi się wydaje, że nie ma o czym. Jednak ostatnio trochę mam do powiedzenia.

Przyzwyczaiłam się do pracy i do tego rytmu dnia. Robię mniej więcej to samo, to znaczy z rana generalnie się podlewa i trwa to z godzinkę, dwie zależy jaka pogoda, potem robi się różne rzeczy. Na przykład sadzi się roślinki, albo się coś przycina, ale ostatnio dożo czasu zajmuje nam wysyłanie kwiatów do centrum ogrodniczego. Przyroda się bujnęła na całego to ludziom się zachciało zakładać ogrody i dlatego więcej kwiatów się sprzedaje a w centrum ogrodniczym nie mają takiej dużej powierzchni, więc co najmniej raz dziennie przysyłają zamówienie na określone rośliny. Te zamówienia sięgają setek roślin, więc ładuje je się na takie 4-5-poziomowe wózki a te wózki na taką specjalną przyczepę i ciągnikiem odwozi się do centrum ogrodniczego. Problem polega na tym, że w różnych tunelach i szklarniach są różne rośliny i to na różnym poziomie rozwoju i trzeba wiedzieć mniej więcej gdzie co jest. Lista zamówienia zawiera lokalizację danej rośliny, ale czasami jest błędna, albo już się ta roślina skończyła i trzeba przejść do kolejnej opóźnionej uprawy i zdecydować czy już się nadaje do sprzedaży czy nie. Można powiedzieć, że przeżywamy teraz szczyt sezonu jeśli chodzi o rośliny ozdobne. Tak jak 2, 3 tygodnie temu przeważało sadzenie roślin tak teraz przeważa ich sprzedaż. Bardzo to jest ciekawe obserwować jak dany tunel, na przykład taki 20 na 50 metrów miesiąc temu zastawiony był maszynami, tkaniną ogrodniczą, i jakimś innym badziewiem, potem został opróżniony, wyczyszczony, potem sadziłam tam z innymi dziewczynami roślinki, podlewam tam od trzech tygodni a ostatnio kwiaty zaczynają znikać. W miarę jak pojawia się więcej miejsca a w planach są jeszcze kolejne uprawy dosadza się kolejne rośliny a te pierwsze są już duże i naprawdę ładnie się prezentują. A takich tuneli jest kilka i naprawdę trzeba się orientować gdzie co jest. To, że tam sadziłam i tam podlewam pomaga, bo widzę te rośliny na co dzień i mniej więcej zapamiętuję jak się nazywają. Wybór jest tu na prawdę duży. Uprawiają tu dziesiątki gatunków a każdy w kilku a czasem kilkunastu odmianach. Rośliny wieloletnie zajmują dwa mniejsze tunele i szczerze mówiąc dobrze się na nich nie znam, bo się nimi nie zajmuję. Rośliny jednoroczne stanowią podstawę produkcji a do najbardziej popularnych gatunków należą pelargonie, niecierpki, begonie, petunie i werbeny. Sama pelargonia zajmuje 2 szklarnie. Różnorodności dodaje też fakt, że dana roślina może być dostępna w różnych pojemnikach. Najwięcej sadzi się w plastikowych doniczkach marki Proven Winners, która stanowi najbardziej rozpoznawalną markę roślin ozdobnych w Stanach. Nie wiem czy marka to dobrze słowo, może konsorcjum. W doniczkę takiej marki może być posadzona tylko roślina przez nią firmowana i opatentowana. Te odmiany są wyprowadzane przez hodowców i uprawiane prze ogrodników, którzy mają kontrakty z marką PW i potem te odmiany stają się własnością firmy. Na farmie Bartlett's dużo uprawia się roślin tej marki. Inne pojemniki to np. doniczki biodegradowalne dla roślin jednorocznych robione z ryżu albo z pszenicy o średnicy 4 cale, biodegradowalne lub plastikowe 6 cali, wiszące koszyki plastikowe lub z mchu o różnych średnicach, tacki z 32 lub 48 roślinami w tacce przeznaczone do sadzenia do gruntu a nie trzymania w doniczce i duże donice z plastiku o różnych pojemnościach, czasami z pojedynczą rośliną a czasem z kompozycją rożnych. Ja się juz przyzwyczaiłam, ale z początku można dostać zawrotu głowy. W zależności od tego w czym roślina jest posadzona może mieć ona różne kategorie, które przekładają się bezpośrednio na cenę. Sprzedaż odbywa się generalnie na dwa sposoby. Albo towar odsyłany jest do marketu i tam sporządza się listę dostarczonych roślin i na jej podstawie market płaci szklarni (bo to są dwa osobne byty księgowe), albo jeśli klientem jest firma projektująca ogrody to jej pracownicy mają wstęp do szklarni i tam mogą wybierać sobie rośliny. Do ich obsługi służy taka budka (zwana tutaj shack), w której siedzi pracownik i przy wyjeździe z terenu farmy sporządza rachunek dla klienta, na podstawie którego płaci on w markecie. A potem po rozliczeniu środki za ten towar wracają na koto szklarni. Taki klient może też liczyć na upust rzędu 10 - 15% w zależności od wielkości biznesu, który prowadzi. Ostatnio nie ma kto pracować w budce i zdarza się, że ja tam czasem siedzę. Raczej nie cały dzień, ale często zastępuję jedną panią podczas jej przerwy na lunch. Za dużo się nie robi i mogę sobie trochę posiedzieć, odpocząć a ostatnio przeczytałam tam książkę. Generalnie przyjemnie.

Poza tym przyroda na wyspie się obudziła. Jak przyjechałam to tylko trawa była zielona i kwitły żonkile a teraz kwitną różne krzewy i drzewa i jest pęknie zielono a przez ostatni tydzień pogoda piękna, że do pracy w krótkich spodenkach chodzę a jak mam dzień wolny to jeżdżę na rowerze i się opalam na plaży. Na wyspie coraz więcej ludzi i samochodów a będzie coraz bardziej tłoczno.

Postaram się dzisiaj porobić trochę zdjęć na farmie żeby pokazać trochę więcej mojego codziennego zajęcia.

niedziela, 9 maja 2010

welocyped

Rower przyszedł, ale trzeba było go złożyć do końca - przednie koło, kierownica, siodełko; podokręcać i.t.p. I to się udało przy pomocy kolegów, ale przy ich pomocy udało się też tak napompować tylne koło kompresorem w farmowym garażu, że dętka poszła z hukiem. Na szczęście opona została nieuszkodzona, ale i tak było to dla mnie duże zmartwienie. No bo rower nowy, człowiek się cieszy, że sobie ekskursję zafunduje a tu kicha. Przyszło mi potem do głowy, że są na farmie w jednej szopie takie stare zardzewiałe rowery. I pomyślałam, że możnaby sprawdzić czy któraś dętka się nadaje do ponownego wykorzystania. Niestety nawet jeśli, to sama sobie nie poradzę ze zdjęciem starej, czyli pękniętej i założeniem "nowej". Na szczęście jeden z kolegów - Walter z Brazylii zna się trochę na rowerach, bo sam jeździ dużo i nawet podobno wyczynowo w swoim kraju. Ma też taki fajny zestaw narzędzi, w którym jest wszystko co trzeba do naprawy roweru. I jak mu powiedziałam o moim pomyśle to uznał, że można spróbować i poszedł ze mną po tego grata i do garażu. Tam przeprowadził całą operację transplantacji w sposób fachowy i z sukcesem. Sprawdził też ciśnienie w przednim kole, które nie pękło, ale jak się okazało też było zbyt mocno napompowane. Także z opóźnieniem, ale rower jest i działa.

Poza tym Iwana pojechała do domu na Ukrainę ze względu na powiększającą się jej rodzinę. To znaczy jak przyjechała miesiąc przede mną to nie wiedziała, że jest w ciąży. Plany matrymonialne już miała, ale na październik a tak się wszystko przyspieszyło. Dosłownie dzień przed jej wyjazdem przyjechała Chinka. Jej chińskie imię to You Wei a amerykańska jego wersja to Viki. Pracuje ze tam gdzie ja, czyli w kwiatach, ale na razie pracowała tylko jeden dzień.

Aha, no i teraz zaczynamy pracę od 7:30.

poniedziałek, 3 maja 2010

Edytowałam posta z kwietnia pt. kto jest kim. teraz są tam zdjęcia poszczególnych osób tak, żeby było łatwiej zorientować się wśród tych wszystkich imion i narodowości :) Zapraszam:

http://dobroswusa.blogspot.com/2010/04/wasnie-zauwazyam-ze-mam-jakies.html
W centrum miasta znajduje się niewielki postument na pamiątkę Johna Bartletta - dziadka obecnie zarządzającego firmą rodzeństwa i ojca Phila, który mieszka na Florydzie. Farma istniała już dużo wcześniej, ale on jako pierwszy zaczął codziennie rano przyjeżdżać do miasta na Main Street traktorem ze świeżymi warzywami. Był bardzo lubiany i tak go upamiętniono.