środa, 1 września 2010

samochodzik... ale inny

Jak to bywa w zyciu (chyba) prosto byc nie moze, wiec z samochodzika nici wyszly. Pod wplywem tego co powiedzial mi moj szef Dave swoim wszechwiedzacym tonem bylismy przekonani ze nie uda mi sie zarejestrowac ani ubezpieczyc samochodu bez amerykanskiego prawa jazdy, ktore moglam byla zrobic ale nie uwazalam tego za konieczne. ja sie zmartwilam bo mi sie plany psuja a Zenia sie zmartwil ze nie uda mu sie sprzedac samochodu na czas. Jak sie okazalo jego obawy calkiem nieuzasadnione byly. To byl piatek jak Dave swoja opinie wypowiedzial i tego dnia nie udalo mi sie niczego dowiedziec tak samo jak i przez reszte weekendu bo normalni obywatele wtedy odpoczywaja. W poniedzialek dowiedzialam sie od firmy ubezpieczeniowej ze oni bez problemu ubezpieczaja samochody na zagraniczne prawa jazdy i ludzie rownie latwo rejestruja te samochody (bo zeby zarejestrowac trzeba najpierw ubezpieczyc). Niestety Zenia w sobote zdazyl juz zamiescic ogloszenie w necie a w niedziele samochod byl sprzedany komus innemu. Moge teraz zalowac i pluc sobie w brode z roznych wzgledow ale wlasciwie to wracam po prostu do punktu wyjscia. Mam teraz nowy plan, ze pojedziemy autobusem do Ohio do ojca Sassy, tak jak zreszta poczatkowo planowalam. On na pewno znajdzie cos odpowiedniego. Wydaje sie ze to daleka wycieczka i ze mozna by blizej to zalatwic, ale ja sie nie znam calkiem na samochodach a jednak chce, zeby dojechalo to cos do Oregonu.

Aha, i sprzedalam rower... czyli fajnie a jednak smutno.

1 komentarz:

  1. A możeby uruchomić Chicago? Może jest jakaś okazja wśród znajomych? Ko...er

    OdpowiedzUsuń