niedziela, 25 kwietnia 2010

Żonkilowy Dzień (albo Dzień Żonkila)

Po angielsku Daffodil Day. Takie coś właśnie miało miejsce w sobotę. To takie lokalne święto a raczej okazja do tego żeby się spotkać pogadać pojeść itp. Wygląda to tak, że w ostatnią sobotę kwietnia do centrum miasteczka Nantucket zjeżdżają się stare zabytkowe samochody (oczywiście wraz z właścicielami). I mniej więcej od 10 do 12 stoją w rzędach na Main Street a mnóstwo ludzi chodzi sobie między nimi, podziwia, rozmawia i takie tam. Wszystkie samochody przy tym przyozdobione są żonkilami i narcyzami (co botanicznie jest zresztą jednym i tym samym), niektóre mają nawet jakieś dodatkowe dekoracje, nazwijmy je tematyczne. I tak na przykład jeden Volkswagen garbus, w USA zwany Beetle, czyli żuk miał dorobione po bokach takie skrzydła jak biedronka, a inny Volkswagen bus (taki z lat 70.) pomalowany i przerobiony na żółtą łódź podwodną a pasażerowie za Beatlesów. Poza tym prawie wszyscy ludzie mieli gdzieś jakiegoś żonkila i poubierani byli na żółto i inne wiosenne kolory. Mnóstwo psów a każdy przy obroży żonkile nosił. I tak sobie wszyscy podziwiają i spacerują a o 12 samochody przejeżdżają przez miasto paradą, wszystkie trąbią a ludzie machają do siebie i robią zdjęcia. Samochody jadą do pobliskiego (położonego na wschodnim krańcu wyspy) ćwierćmiasteczka Siasconset (czytaj: skonset). Tam każdy staje wzdłuż jednej ulicy, z bagażnika wyciąga stolik, krzesełka, kocyk, żarełko, napitek i obija się. Ludzie siedzą, jedzą, piją, gadają ze znajomymi i u nich jedzą i piją, trochę spacerują, bawią się z psem, co poniektóry pójdzie na plażę i tak do jakiejś 15. A potem zwijamy bagaże i wracamy do domciu.

Myślałam, że to będzie ciekawsze bo niektórzy trąbili o tym od co najmniej dwóch tygodni. Sobotę miałam wolną więc razem z kilkoma osobami pojechaliśmy taxi do centrum Nantucket i oglądaliśmy samochody. Była ich ponad setka i wszystkie bardzo ciekawe. Niektóre nawet z lat 30. Spotkaliśmy Dave'a Bartletta, który na farmie na co dzień zajmuje się produkcją warzyw. Jechał swoim starym samochodem. Poza tym spotkaliśmy też Johna - nauczyciela angielskiego na farmie. Prowadził samochód swojej znajomej, która ma ich cztery. Sam nie miał już miejsca w samochodzie, ale na moją prośbę spytał tą swoją znajomą czy mogłabym z nią jechać. I ona się zgodziła a ja jechałam do Siasconset na pace jej pickupa. Pozostali znajomi tak jak i cały tłum ludzi stali wzdłuż ulic i oglądali paradę samochodów a potem kto chce to wsiada w swój samochod i jedzie na miejsce na piknik. Ja myślałam, że jak parada przejedzie to moi znajomi wezmą taxi do Siasconset, ale potem się okazało, że zostali w mieście. Dużo nie stracili, bo jak ktoś nie ma dużo znajomych wśród uczestników i mieszkańców miasta (tak jak my) to za dużo nie ma do roboty. Można sobie chodzić i oglądać, można zapoznać kogoś, ale to wszystko się szybko nudzi. Po jakimś czasie spotkałam kilkoro znajomych z farmy, którzy tego dnia pracowali. Mieli wyjątkowo dłuższą przerwę na lunch i przywiózł ich Jeff, który pracuje na farmie przy różnych rzeczach, coś naprawia, albo robi jakieś elementy do marketu albo centrum ogrodniczego. Razem pochodziliśmy trochę, poszliśmy na plażę i zawinęliśmy z powrotem.

A wieczorem poszłam z paroma osobami na imprezę organizowaną przez Polaka, którego poznałam przypadkiem w sklepie. Miałam tylko adres ale trafiliśmy. Okazuje się jednak, że to jego i jego narzeczonej impreza pożegnalna bo za parę tygodni wyjeżdżają na stałe do Polski po kilku latach pobytu na wyspie. To są Paweł i Lidia. Ale oprócz nich było też troche innych Polaków - w sumie na wyspie jest ich podobno ok 15, wiec ktoś zostanie. Było bardzo dużo ludzi, głównie Amerykanów i ogólnie fajna impreza.

A potem była niedziela kiedy to pracowałam przez cały dzień. I tak mi minął weekend.

1 komentarz:

  1. Czytają, czytają - tylko się nie przyznają. KOCIAMBER

    OdpowiedzUsuń